Tekst został opublikowany w „Gazecie Wyborczej” 11 sierpnia 2009 r.

– Myślałam tylko o jednym: żeby stamtąd uciec – wspomina Paulina. Dwa lata temu, gdy trafiła na oddział urologiczny w Busku-Zdroju (Świętokrzyskie), miała 18 lat i pierwszy raz w życiu była w szpitalu. Dziś studiuje, ma krótkie, ufarbowane na rudo włosy. – Wieczorem przyszła pielęgniarka i powiedziała, że mam badanie w gabinecie zabiegowym. Doktor G. siedział, ja stałam. Ściągnął mi spodenki do połowy ud i włożył tam rękę. Trzymał i rozmawiał ze mną. Pytał, czy miałam już stosunek seksualny, czy mam regularne miesiączki. Nie robił notatek. I miał taki dziwny wyraz twarzy.

O badaniu powiedziała tylko swojemu chłopakowi: – Ten urolog jest jakiś zboczony.

Kilka tygodni później pierwszy raz w życiu poszła do ginekologa: – Ta wizyta była zupełnie inna. Nie czułam się tak skrępowana jak u tego urologa, nie denerwowałam się. Wtedy nie byłam w stanie ocenić, czy to było molestowanie seksualne. Teraz jestem tego pewna.

Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej