Piętrowy, murowany dom stoi przy bardzo ruchliwej drodze krajowej nr 74.

Nieopodal rzeczka Warkocz, szerokie pola, uroczy widok na Pasmo Brzechowskie, część Gór Świętokrzyskich. Wiosną musi tu być pięknie.

Przechodzę obok krzyża. Pewnie wbito go w ziemię, by upamiętnić ofiary jakiegoś wypadku. Dwaj mężczyźni przerzucają drewno. – Pamiętacie Tadka, tego, co mieszkał naprzeciwko? – pytam. Dorzucam nazwisko i czekam na reakcję.

Po dłuższej chwili pada odpowiedź: – Nie znałem.

Drugi tłumaczy, że nie jest stąd.

Gdy się odwracam, słyszę głos tego pierwszego: – Chałupę rozwalą i tyle będzie.

Marian Grzegolec, od prawie 40 lat sołtys Górna, pyta z wyrzutem, dlaczego akurat on ma nadstawiać karku.

Inni też mówią niechętnie. Krzywią się, odwracają.

– Dziwi się pan? Przecież on nie działał w próżni. Nie wszyscy siedzą – mówi Andrzej (imię zmienione), mieszkaniec gminy, który o przestępczych bossach z okolicy wie sporo, ale ujawnić się nie chce.

Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej