W wakacje w 2015 roku 42-letni wówczas pan Waldemar gorzej się poczuł. Bolała go głowa, miał drgawki. Dwukrotnie zemdlał. Żona zawiozła go do szpitala w Starachowicach. Lekarz zasugerował, że jego problemy zdrowotne mogą się wiązać z tym, że nadużywa alkoholu. Mężczyzna przyznał, że dwa dni wcześniej świętował rocznicę ślubu. Zapewnił jednocześnie, że tego dnia nie pił alkoholu.

Lekarz napisał, że guz nie jest złośliwy

W szpitalu pomocy nie uzyskał. Niedługo później zgłosił się do lekarza rodzinnego, a stamtąd odesłano go na neurologię szpitala w Starachowicach. Zrobiono mu badania, z których wynikało, że przyczyną kłopotów zdrowotnych może być guz w okolicy czołowo-skroniowej. Lekarz napisał, że nie jest złośliwy, rośnie wolno i z czasem trzeba go będzie usunąć. Pan Waldemar twierdził, że personel wyjaśnił mu, że zabieg nie jest pilny.

Ale jego stan zdrowia znacznie się pogorszył. Pod koniec lipca 2015 roku karetka zawiozła go do Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Kielcach, a stamtąd – jeszcze raz do Starachowic. Okazało się, że przyczyną jego dolegliwości był tętniak głowy.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej